Nowe gesty

Jacek chodzi do szkoły. Nauczycielka ma na razie problemy z porozumiewaniem się z nim, ale wiem, że się jeszcze dotrą. Ma w klasie czworo dzieci, trzech chłopców i dziewczynkę. Dwóch chłopców jest klasycznie niedosłyszących – coś-tam słyszą, coś rozumieją, mówią niewyraźnie, głównie pojedyncze słowa, ale próbują. Dziewczynka i Jacek to inna bajka. Ona ma głębszy niedosłuch, ale nie lubi swoich aparatów, w związku z czym kontakt z nią jest podobnie trudny jak z Jackiem.

Z miejsca widzę, że szkoła to lepsze miejsce dla Jacka. Biorąc pod uwagę ile umie i wie Jacek (w porównaniu do pozostałej trójki), mam wrażenie, że w przedszkolu głównie go odsuwano, „weź nie przeszkadzaj”. Tutaj nauczycielka drugiego czy trzeciego dnia zajęć wymyśliła, że założy Jackowi kartę biblioteczną i wypożyczy nam do domu słownik migowy.

Słownik migowy jest fajniejszy od podręcznika „Pomigaj mi mamo”, ponieważ jest słownikiem. Jest cokolwiek nieaktualny, bo przedrukowywany od połowy lat ’80, ale na razie to nam nie przeszkadza.

W każdym razie dzisiaj była u nas Ania z Arturem i Kają. Kiedy chłopcy bawili się ulicą i autkami, Jacek zaczął popychać Artura. Mama2 próbowała Jackowi postawić granicę – połowa ulic dla niego i połowa dla Artura, ale Jacek nie chciał się na to zgodzić. Piszczał, płakał, awanturował się.

Wzięłam słownik, znalazłam „złość”. Przywołałam Jacka. Pokazałam mu „złościsz się” (dokładniej: ty złość). Powtórzył. Pokazałam mu jeszcze raz, tym razem dodając mimikę i inne gesty jakbym to ja się złościła. Jacek powtórzył i się rozpromienił. Czuł złość i frustrację, tak jak mu się to często zdarza, ale po raz pierwszy miał na to słowo. Świat się stał bardziej przyjazny.

Koniec przedszkola

Rok szkolny jeszcze trwa, ale Jacek ma katar i już nie wraca do przedszkola.

Nie wraca nigdy.

W sierpniu się przeprowadzamy do Gdyni. Jacek idzie do zerówki. Dla dzieci niesłyszących. Wreszcie będzie miał taką opiekę, jakiej potrzebuje.

Tymczasem udało mu się zauważyć, że niektóre zabawy polegają na wydawaniu dźwięków – na przykład staje przed lustrem, stroi groźne miny i krzyczy albo bierze skakankę i „śpiewa” do takiego mikrofonu.

Pierwsze angielskie słowa

Pierwsze słowo po angielsku w słowniku Różyczki: bedrock. I nie miasteczko, w którym mieszkali Flinstonowie, ale rodzaj skały.

Róża nie gra jeszcze na komputerze. Na tablecie jej się zdarza, ale póki co bardzo proste zabawki. Jacek co innego. Ma swój własny świat w trybie „creative” i buduje i kopie i w ogóle robi zadziwiające rzeczy jak na pięciolatka. W każdym razie: z Tadkiem we trójkę potrafimy całymi dniami siedzieć i kopać, a Różyczka jest z zabawy w dużej mierze wykluczona. Chodzi sobie to tu, to tam, bawi się sama z lalą albo pacynkami, czasem zagaduje pytając „a to?” (żeby nie było: nie ignorujemy jej całymi dniami, ale 2-3 godziny ciągiem prawie-że-ignorowania może się przydarzyć) i w ogóle widać, że nie bawi ją to, co nas.

Dzisiaj kopałam sobie obsydian – wybierałam lawę wiaderkami, wlewałam do specjalnego dołka, zalewałam wodą, zbierałam wodę i kopałam gotowy obsydian. Jeziorko lawy było raczej głębokie i na niskim poziomie, to i doszłam do dna, do skały o nazwie „bedrock”. Zdziwiłam się, że jestem już tak nisko i powiedziałam na głos: o, bedrock. Róża na to „bedo?”

To jedno z jej pierwszych słów dwusylabowych. Parę minut później było „okej” a z godzinkę później, podczas karmienia lali, „wigo” (a nawet „wi-ogo”) – winogrona. Lala lubiła ogórka (ale nie zupę z ogórka), groszek, ananasa, pomidory, arbuza, winogrona i tort, ale uznała kukurydzę za „fuj”. A Róża sama uznała, że zupa ma być też z arbuza, pomimo moich zapewnień, że nie może wyjść.

Gra „Budowa zamku”

Jaculek na imieniny dostał grę w porządkowanie liczb. Ładna gra, podoba mu się, ale mi nie podobają się reguły.

W tej grze trzeba ułożyć 45 kart na stole, koszulkami do góry, po czym odkrywać różnorodne karty i albo dodawać je do zamku albo zakrywać z powrotem, przez co gra staje się de facto memo dla bardzo wytrwałych (bo co, jeśli przez pierwsze dziesięć kolejek wciąż odkrywasz karty o wysokich, chwilowo bezużytecznych numerach? Dziecko się po prostu zniechęca). To nie jest zadanie dla dzieci 5-10 lat.

Moja wersja zasad jest bardzo podobna, zostawia sens gry, ale naprawia tę spartoloną mechanikę.

Przed rozgrywką należy podzielić talię na przedziały: 2-16, 17-26, 27-36 i 37-46, każdy przedział potasować osobno i złożyć w talię z przedziałem z najmniejszymi liczbami na wierzchu. Dzięki temu uzyskujemy talię potasowaną, ale lekko skrzywioną w stronę porządku rosnącego. Każdy gracz bierze kartę z wierzchu talii, sprawdza numer i następnie: jeśli może i chce – dokłada do zamku; jeśli nie chce lub nie może – kładzie ją obrazkiem do góry na stole; jeśli karty nie może wykorzystać żaden inny gracz – podobnie jak w zwykłych regułach odrzuca ją na stos zrzutek. Gracz może zrezygnować z pobrania karty ze stosu i w zamian wziąć dowolną odkrytą kartę i dołożyć do swojego zamku.

Dzięki takim regułom i potasowaniu talii:

  • przyspiesza się rozgrywka (nie ma długich kolejek szukania niskich kart na początku, a pod koniec gry długich kolejek odrzucania kolejnych niskich kart),
  • dzieciaki nie mogą zbyt łatwo zamknąć sobie drogi do zwycięstwa (nie położą na początku gry karty 38),
  • gra nie zajmuje całego, dużego stołu (rozłożyć 45 kart na stole? kto w ogóle wpadł na taki pomysł?),
  • wymaga więcej myślenia strategicznego (ta karta jest trochę za wysoka na mój zamek, ale Adaś na pewno ją będzie chciał, może lepiej jednak dołożę ją do swojego?)
  • wynik gry jest w mniejszym stopniu zależny od losowego odkrywania kart
  • niemal zawsze ktoś wygra

I zabawa się toczy wesoło.

Lekcje migowego

Może wspominałam, że udało mi się wywalczyć z poradnią PZG lekcje języka migowego.

Chodzimy na zajęcia od października, ale dotychczas Jacek miał dokładnie jedną lekcję. I to na inny temat, niż było ustalone, logopeda prowadząca zajęcia kompletnie nie miała pojęcia, czemu uczy Jacka (wydawało się jej, że wszystko rozumie i nie może mówić, więc cały czas plotła trzy po trzy, że to świnka, to piesek itp.). Fail, gdyby nie to, że całkiem sporo tych gestów było na tej jednej lekcji. Na tyle dużo, że z kolorów pamiętam tylko czerwony i pomarańczowy.

Cztery miesiące zajęć i jedna lekcja. Jakim cudem? Ano najpierw jakieś zajęcia zapoznawcze, potem urlop, potem więcej zajęć zapoznawczych, potem święta, potem urlop albo i choroba i tak to się toczy.

Ale skoro już jedna lekcja była, logopeda zauważyła, jak dużo i szybko Jaculek łapie, pogadała z psycholożką, a ta wczoraj ze mną. Poprzednio mieliśmy mieć co dwa tygodnie lekcję z logopedą i co dwa tygodnie zajęcia powiedzmy że ogólnorozwojowe, z psycholożką, bo ta jest stosunkowo mało zaawansowana w miganiu. Uradziły, żeby jednak Jackowi dawać lekcje na każdych zajęciach (hurra!), a to oznacza zmianę psycholożki i pory zajęć. Raz na dwa tygodnie Jaculek nie będzie jeździł do przedszkola, może to i nawet dla mnie lepiej.

Z innych wieści: próbuję zapisać Jacka do szkoły dla dzieci z wadą słuchu. Mają tam zerówkę, więc od września mogliby go prowadzić i uczyć. Wszystko jednak zasadza się o to, czy uda mi się zdobyć zaświadczenie lekarskie, że Jacek ma niedosłuch. Takie przepisy. Dziecko z Czystą Głuchotą Słów, względnie głęboką Afazją Sensoryczną jest dla systemu oświaty zdrowe.

Nowy Miś

Miś Jacka dogorywa. Ma kilka brzydkich szwów, kilka niespieralnych plam, bardzo mało wypełnienia… Ale jakby nie było, jest obiektem przejściowym, więc musi zostać, dopóki Jacek sam z niego nie zrezygnuje. Róża podobnie traktuje swój kocyk, a babcia nie może tego zrozumieć i stale próbuje jej go odebrać. Nie ważne, że jej tłumaczę, iż tylko pogarsza sprawę. Kocyk jest fuj i już. Ech.

Wracając do Jacka. Poprosiłam o nowego Misia na święta. Jacek się ucieszył, ale nie do końca rozumie o co z nim chodzi. Czasami próbuje podarować go Róży. Czasami zasypia na nim. Ale zazwyczaj po prostu woli starego. Żeby nie było: nie spodziewałam się innej reakcji. Potrzeba czasu na zmianę. Po prostu podsuwam Jackowi Nowego wtedy, kiedy prosi o Misia, a Róży Słonika wtedy, kiedy by prawdopodobnie chciała kocyk. Nie siłą, ale sposobem.

Tymczasowość

Może bym chociaż pisała o różnych drobiazgach?

Wczoraj skończył padać śnieg, ale wciąż sporo wiało. Nie przeszkodziło nam to jednak w zabawie w ogrodzie. Jaculkowi śnieg sięgał powyżej kolan, mi trochę niżej, ale za to sypał się do butów. Róża została w domu, z gorączką. Pewnie i tak byłoby dla niej tego śniegu za dużo. Rzucaliśmy się śnieżkami, obsypywaliśmy śniegiem, trzęśliśmy gałązki, Jacek zjeżdżał na pupie z zasp usypanych przez tatę a ja zrobiłam bałwana. Śnieg nie bardzo się lepił, więc bałwan pozostał bez rąk, a nos miał tylko symboliczny.

Kiedy już oboje mieliśmy dosyć śniegu za kołnierzami, zapytałam* Jacka, czy chce wracać do domu, na co on odparł*, że tak. To zaczęliśmy się gramolić do chodnika. Obejrzałam się przy ostatniej zaspie, a Jaculek właśnie z bananem na buzi przewracał bałwana. Bo przecież wszystkie inne konstrukcje istnieją tylko po to, żeby je trochę później rozwalić, prawda?

*Znaczy się na migi. Udało mi się wreszcie wywalczyć w poradni PZG lekcje migowego, ale pierwsza wciąż przed nami. Na własną rękę wprowadzam mu słowa znalezione na internecie, bo w tym względzie i na przedszkole nie mogę liczyć.